wtorek, 25 grudnia 2012

Świąteczne czytanie


Na wstępie pragnę Wam życzyć radości płynącej ze Świąt Bożego Narodzenia. Nie tylko dzisiaj, ale przez cały rok. Rodzinnej atmosfery, spokoju, dobrze spędzonego czasu i odpoczynku. 
Miały być piękne i białe, ale śnieg nie dopisał, temperatura natomiast momentami jest bardziej odpowiednia do Świąt Wielkiejnocy, niż Bożego Narodzenia... Ale klimat i tak jest, jest też radość.


Są świecidełka i świeczki wszelakie, jest i choinka. W tym roku u mnie maleńka i prawdziwa, w doniczce. Na wiosnę dołączy do świerka, który spędzał ze mną Święta dwa lata temu a teraz mieszka w ogródku. W ramach ozdób kilka słomianych gwiazdek, złote szyszki i lampki. Minimalizm i prostota. Urzekają mnie. A jak wyglądają Wasze choinki? I co się pod nimi znalazło? 



U mnie malutki stosik świąteczny:

  • "Miłość buja nad Szkocją" Alexander McCall Smith - przypadkowo upolowana w supermarkecie, ostatni brakujący tom w mojej kolekcji. I to za 1/3 ceny. Bardzo mnie ten przedświąteczny zakup ucieszył!
  • "Ptaki ciernistych krzewów" Colleen McCullough - prezent od przyjaciółki. Czytałam prawie dziesięć lat temu, ale z przyjemnością wracam do tej książki.
  • "Dzień miodu" Annia Ciezadlo - do recenzji dla Lubimy czytać. 
  • "Maraton. Trening metodą Gallowaya" Jeff Galloway - prezent od ojca. Odnoszą wrażenie, że to jakaś sugestia... :)
Pomimo sugestywnego prezentu, dzisiejszy dzień spędzam rodzinnie, w wolnej chwili z książką i herbatą. Na bieganie będzie czas jutro. (I w Rzymie, w Sylwestra.... takie moje marzenie :) ). Do herbaty natomiast najlepsze są ciasteczka... Pozdrawiam gorąco i świątecznie!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

O czytaniu, bieganiu i innych przyjemnościach

Obiecałam słów kilka o bieganiu... 
Pytanie, które stawiają  mi wszyscy znajomi (z niedowierzaniem, litością albo przerażeniem) brzmi: DLACZEGO?! Powiem: dlaczego nie? :) 
Nigdy, nic nie dawało mi tyle radości, ile daje bieganie i pokonywanie własnych ograniczeń. To radość prosta, która w dodatku zawsze jest w zasięgu ręki. Albo butów.. Kiedy brakuje mi sił, motywacji do pracy albo jestem zwyczajnie smutna, wkładam biegowe buty i znikam na kilka(naście) kilometrów. Wielu opisuje słynne zjawisko "euforii biegacza" i.. tak, ono istnieje! Kompletnie go nie rozumiem, ale doświadczam ilekroć dam się ponieść nogom. To taka radość, której nic nie potrafi stanąć na drodze, a po lepszym treningu trzyma nawet kilka dni. Lepsze niż prochy :). Gratis lepsza kondycja i odporność - odkąd biegam, nie chorowałam i zupełnie przestałam sięgać po tabletki przeciwbólowe! No i, oczywiście, można biegać z kimś... a to już zupełnie inny temat.. 


Jak to się zaczęło? Od biegającego przyjaciela, którego fotografowałam i woziłam na zawody biegowe... Aż spróbowałam sama i totalnie mnie wciągnęło. Wystartowałam w biegu na 10 km podczas Bytomskiego Półmaratonu, potem szarpnęłam się na cały półmaraton (Silesia) i bieg górski na Górę św. Anny (16 km). Teraz łapię krótkie trasy w ramach biegów okolicznościowych - Dzień Niepodległości, Barbórka czy 6 grudnia - zabawa jest zawsze wspaniała, atmosfera niesamowita (widzieliście kiedyś dwustu ludzi biegnących w mikołajkowych czapkach przez las?).


Po startach zostają koszulki, numery startowe i, tak, tak... medale. Na mecie dostają je wszyscy, ale każdy jest wyjątkowy, bo zdobyty z wysiłkiem, determinacją i inną motywacją. Później przypominają walkę, która rozgrywała się na trasie - jak trudna, a czasem heroiczna była, wie tylko biegacz... 
 

Gdybym nie napisała ani słowa o książkach, nie byłabym sobą! Na zdjęciu wyżej widać wspaniałe "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, które właśnie czytam i mam zamiar niebawem zrecenzować. Opowieść faceta, która biega po kilkaset kilometrów motywuje do walki z tymi dystansikami, z którymi się mierzę... Więcej o książce już niedługo. 
I na koniec stop-klatka z wczorajszego Przełajowego Biegu Mikołajkowego w Kędzierzynie-Koźlu. - 10 stopni, śnieg chrzęszczący pod butami... cudo! 


piątek, 7 grudnia 2012

Stosidło grudniowe

Trochę czasu minęło od poprzedniego książkowego stosu, tym razem więc nie stosik, ale stosidło grudniowe. Jest w nim to, co dotarło w ostatnim czasie, więc to właśnie przeczytałam, czytam lub mam zamiar zacząć. Pominęłam lektury z czasów zaniedbywania bloga - po co piętrzyć i tak już spory stosik? :) 

 
Od góry:
  • "Ślady małych stóp na piasku" Anne Dauphin-Julliand - szalenie poruszająca i wzruszająca książka. Kończyłam ją czytać wczorajszej nocy, nie mogąc powstrzymać łez. Recenzja wkrótce.
  • "Róża z Wolskich. Podróż do miasta świateł" Małgorzata Gutowska-Adamczyk - pełna literackiego przepychu podróż w czasie i przestrzeni. Właśnie przeczytana. 
  • "Trafny wybór" J. K. Rowling - tu chyba nie trzeba komentarza, o książce słyszeli wszyscy. 
  • "Jezus z Judenfeldu" Jan Grzegorczyk - powieść, na którą czekałam z utęsknieniem i po którą dzisiaj sięgnęłam. Z rozkoszą. 
  • "Dalej na czterech łapach" Dorota Sumińska - już zrecenzowana, ale leżała pod ręką i żeby nie było jej smutno, trafiła na stosik :).
  • "Matka Pearl" Maureen Lee - kolejna "wojenna" powieść autorki. 
  • "Droga nadziei" Carlo Meier oraz "Kodeks Konstantyna" Paul Maier - dwie nowości wyd. Promic. 
  • "500 polskich książek, które warto w życiu przeczytać" Karolina Haka-Makowiecka i Marta Makowiecka - leksykon, z którym powoli się zapoznaję. 
  • "Itinerarium" Jakub Skiba - podróżniczo i geograficznie.
  • "Jedz i biegaj" Scott Jurek - książka, która wbrew tytułowi nie jest książką o odchudzaniu, ale opowieścią o niezwykłym biegaczu polskiego pochodzenia. Bardzo chciałam ją przeczytać, co wiąże się z moją nową pasją - bieganiem. Ale o tym w jakimś innym wpisie... 

    Jak zwykle - wszystko od lubimy czytać.pl.

środa, 5 grudnia 2012

"Dalej na czterech łapach" Dorota Sumińska


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Premiera: listopad 2012
Stron: 292
recenzja dla:

Jej wielka czworonożna rodzina

Drapek, Bubek, Ciapek, Donek, Boluś, Marusia, Mała Mi, Sarna i Szymon… Wymienienie bohaterów tej książki zajmie sporo więcej miejsca. A to tylko Ci czworonożni. Są też dwunożni, przyjaciele i rodzina pani Doroty – Tomek, Piotrek, Magda, Marta, Bogusia, Jagoda, Igor, Ania… Sporo, prawda? Rodzina jest tak wielka, że podziwiam Autorkę, która potrafi spamiętać wszystkich jej członków i związane z nimi historie. Niejeden rodzic większej gromadki pociech nie pamięta, która z nich nie jada marchewki, a Dorota Sumińska z precyzją opowiada o tym, jakie jest ulubione miejsce i pozycja do snu każdego ze swoich pupili…
„Dalej na czterech łapach” to kontynuacja „Autobiografii na czterech łapach”, ale ponieważ jest zbiorem bogato ilustrowanych opowieści i epizodów z życia autorki, można ją czytać bez znajomości pierwszej części. Swobodny, gawędziarski ton pani Doroty, jej niezwykle ciepły i emocjonalny stosunek do zwierząt i zaskakujące historie wciągają w lekturę. O czym opowiada? Przede wszystkim o dziesiątkach czworonogów, które przewinęły się przez jej dom, ale też o podróżach, często dalekich i fascynujących. Taka lektura odpręża, pozwala odpocząć myślom po pracowitym dniu, bawi, ale momentami też wzrusza.
Dorota Sumińska jest z wykształcenia weterynarzem, z zamiłowania mamą wszystkich zwierząt w potrzebie. Nie potrafi przejść obojętnie wobec ich cierpienia, a przed zaadoptowaniem wszystkich niechcianych, niekochanych, bezdomnych albo chorych czworonogów powstrzymuje ją zapewne tylko ograniczona pojemność jej domu. Każde ze zwierząt ma swoje miejsce nie tylko w domu i sercu Autorki, ale też w niniejszej książce. Historii czworonoga towarzyszą zdjęcia. Sposób, w jaki Dorota Sumińska pisze o swoich pupilach, każdego z nich traktując jak osobę z konkretną życiową historią, charakterem i uczuciami, bywa zaskakujący i ujmujący jednocześnie. Z pewnością zszokuje niektórych czytelników, stojących murem za tezą, że zwierzę to nie człowiek i nie wolno go tak traktować… Przyznaję, nawet mnie, miłośniczkę wszelkich zwierzaków, taki sposób wypowiedzi czasem trochę raził, ale, na szczęście, został on zrównoważony opowieściami o najbliższych dwunożnych. Dzięki temu została zachowana równowaga i Autorce udało się nie popaść w skrajność, a książka zyskała niepowtarzalny charakter.
Z pewnością „Dalej na czterech łapach” trafi do miłośników psów i kotów, ale znajdzie też czytelników wśród wszystkich ludzi o dobrym sercu. Bo właśnie taka jest pani Dorota. Lektura jej książki daje nadzieję i, pomimo wielu smutnych historii, napawa optymizmem. Po prostu – jest dowodem na istnienie dobrych ludzi. I między innymi dlatego warto po nią sięgnąć.

środa, 21 listopada 2012

"Detektyw Monk wyrusza w podróż" Lee Goldberg


Wydawnictwo: Rebis
Premiera: czerwiec 2012
Stron: 344
recenzja dla:

Syndrom Monka
 
Czy Wy też uwielbiacie detektywa Monka? Nie?! To najwyższa pora zacząć! Nie pytajcie tylko, kim jest Detektyw Monk – nie znać jednego z najsłynniejszych śledczych (a z pewnością najbardziej wyjątkowego spośród nich) to ogromny wstyd.
Adrian Monk, pracujący obecnie jako konsultant policyjny, jest niekwestionowanym mistrzem w swojej dziedzinie. Jest także kompletnym dziwakiem, wzbudzającym strach i odczuwającym go prawie przed wszystkim – przed brudem, zarazkami, ludźmi, drzewami, nieparzystymi liczbami… Niewiarygodne? A jednak. Dzięki swojej niezawodnej asystentce Natalie, zawsze gotowej, by podać jednorazowe rękawiczki albo chusteczki do dezynfekcji rąk, Monk może stawiać czoło przestępcom i badać miejsca zbrodni. Zwłaszcza te ostatnie są dla sławnego detektywa trudne – trzeba poradzić sobie z ignorancją i brakiem kompetencji policjantów, unikać brudu, zatroszczyć się o denata (dlaczego nikt nie pomyślał, żeby starannie zawiązać nieboszczykowi sznurówki?) i jeszcze rozwikłać zagadkę.
W tym tomie przygód słynny detektyw wyrusza w podróż. Oczywiście, w jej trakcie rozwiąże kilka zagadek i znajdzie morderców, ale podróż będzie wyjątkowa z zupełnie innego powodu. Monk i Natalie dopuszczą się przestępstwa! Otóż… porwą brata Adriana. Ambrose Monk jest do brata bardzo podobny – ma doskonałą pamięć, obsesję na punkcie porządku, parzystych liczb i… cierpi na liczne fobie. Największą i najbardziej utrudniającą mu życie jest bez wątpienia agorafobia, przez którą mężczyzna od lata nie opuszcza własnego domu. Monk postanawia uratować brata i w dniu urodzin dodaje mu do tortu środki nasenne, a następnie wraz z Natalie pakuje Ambrose’a i wynosi do wynajętego kampera niczym bagaż. Kiedy mężczyzna się budzi, jest już daleko od domu a na ucieczkę nie ma szans – turystyczny samochód musi stać się jego nowym domem. Czy uda się przełamać fobię?
Lee Goldberg, autor powieści (a właściwie wielu jej tomów) jest scenarzystą bijącego rekordy popularności serialu „Detektyw Monk”. Za ich książkową wersję był dwukrotnie nominowany do Edgar Award dla najlepszych autorów kryminałów. Trudno się dziwić, bo jego dzieła czyta się świetnie. Precyzyjna, choć oszczędna w słowach narracja idealnie oddaje klimat niezwykłych relacji panujących między bardzo szczególnymi bohaterami. Dawka humoru i absurdu, jakąś niesie w sobie ta malutka książka, jest wprost porażająca. Stworzenie postaci tak zaskakującej jak Adrian Monk musi być przejawem geniuszu – inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Podobnie, jak po lekturze nie mogłam się powstrzymać przed zakupem wcześniejszych tomów przygód detektywa. To uzależnienie znane pod nazwą „Syndromu Monka”, ale spokojnie – jest zupełnie niegroźne. Przynajmniej do momentu, w którym nie zaczniecie panicznie bać się liczb nieparzystych, drzew albo zarazków… 

moja ocena: 9,5/10 !

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przerwa wcale nie techniczna...

Biję się w pierś i przyznaję pokornie do winy. Zaniedbałam bloga, zaniedbałam recenzje. Czytania nie zaniedbałam na szczęście. Sporo się działo w międzyczasie, ciągłe wyjazdy w sezonie jesiennym, pomieszkiwanie na wsi (pozbawionej dostępu do internetu) po kilka dni w tygodniu, podróże, pakowanie, zamieszanie... Nie sprzyjało to pisaniu i publikowaniu. Ale zamierzam się poprawić i obiecuję, że będę tutaj regularnie. Zima zachęca do książkowych aktywności, prawda?
Przez ten czas nagromadziło się tak wiele nowości i książkowych zakupów, że ewentualne stosiki wymagałyby minimum dziesięciu zdjęć... Ale powolutku. Damy radę :).
Tymczasem na bloga zawitał Felix:


Pozdrawiamy oboje czytelniczo :).

czwartek, 27 września 2012

"Klątwa tygrysa. Wyprawa." Colleen Houck


Wydawnictwo: Otwarte
Premiera: wrzesień 2012
Stron: 472
recenzja dla:

Tygrysy wciąż pociągające
 
Z przyjemnością spieszę donieść wszystkim fanom Coleen Houck oraz tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zetknąć się z jej twórczością, że najnowsza część „Klątwy tygrysa” jest równie dobra jak poprzednie. Wielu powie pewnie, że nawet lepsza. Mimo pewnych niedociągnięć literackich, autorka stanęła na wysokości zadania i zapewniła nam wspaniałą rozrywkę podczas lektury. Innymi słowy – indyjscy książęta zaklęci w tygrysy są tak samo pociągający jak w poprzednich dwóch tomach historii…
Trudno jest streścić całą niezwykłą historię w kilku zdaniach. Ci, którzy przeczytali dwie poprzednie części „Klątwy tygrysa” znają ją doskonale, pozostałym niech wystarczy informacja, że główna bohaterka Kelsey, zwyczajna amerykańska dziewczyna, została nagle wplątana w wydarzenia tak niezwykłe, że zapierające dech w piersiach. Najpierw poznała indyjskiego księcia zaklętego w tygrysa, później okazało się, że jest ich dwójka… a na końcu jeszcze, że to właśnie ona może zdjąć klątwę. Uściślając – tylko ona może ją zdjąć. Tak zaczęła się niebezpieczna i fascynująca jednocześnie podróż, w którą dziewczyna wyruszyła z książętami Dhirenem i Kishanem oraz panem Kadamem i Nilimą, którzy im pomagają. Nie mogło zabraknąć wątku romantycznego w postaci miłości Kelsey i Dhirena. Niestety, tragicznego również… Kiedy spotykamy bohaterów na początku trzeciej części „Klątwy tygrysa”, Dhiren zostaje odbity z rąk największego wroga Lokesha i okazuje się, że nie pamięta Kelsey oraz tego, co ich łączyło… Jednocześnie drugi z braci okazuje jej wyraźnie swoje uczucia i bohaterka będzie zmuszona wybierać. Nie ułatwi jej tego podróż do Siódmej Świątyni oraz spotkanie z kilkoma smokami strzegącymi skarbów i ważnych informacji. Prawda, że brzmi intrygująco?

Opowieść, którą oferuje nam Colleen Houck jest historią barwną, pełną orientalnego czaru, indyjskich tradycji i magii. Porywa swoją odmiennością i fabułą, od której trudno się oderwać. Chociaż została stworzona jako konkurencja dla skierowanych do młodzieży serii książek o wampirach, znajduje wierne czytelniczki wśród pań w każdym wieku. Te starsze z pewnością dopatrzą się drobnych nieścisłości oraz naiwności tej historii, może nawet nazwą ją infantylną… Ale i tak przeczytają z ciekawością do końca.

Co zatem można zarzucić „Klątwie tygrysa”? Przede wszystkim bazowanie na typowym schemacie psychologicznym, który wabi czytelniczki niczym lep. Oto mamy zwykłą, niepozorną, przeciętną wręcz dziewczynę (o, to taką jak ja! – myśli tutaj czytelniczka) oraz wspaniałego i przystojnego księcia z bajki, który wybiera właśnie ją (może mnie też się to przydarzy?). Tutaj dla odmiany książę jest nie jeden, ale dwóch. I obaj wybierają Kelsey! Czy to nie brzmi cudownie? Przyznaję się, że choć zazwyczaj unikam jak ognia takich historii, tutaj kupuję ją pięknie zapakowaną w indyjską otoczkę.

Druga kwestia to naszpikowanie podróży bohaterów nowinkami technicznymi, drogimi gadżetami i magicznymi przedmiotami, które ułatwiają i umożliwiają właściwie wszystko. Pan Kadam jawi się niczym Inspektor Gadget, gotowy wyjąć z rękawa czy nogawki dowolną zabawkę potrzebną w danej sytuacji. Dla mnie irytujące i odejmujące historii wiarygodności i czaru, ale może innym osobom spodobają się bohaterowie wyposażeni w supermoce i supersprzęty.

Jest w tej historii coś niezwykłego, co sprawia, że chcemy czytać ją dalej. Autorka zaskakuje niesamowitymi pomysłami i rozwiązaniami, których nie sposób przewidzieć. Nawet sprawa relacji między trójką głównych bohaterów jest tak zagmatwana i tak szybko się zmienia, że trudno się spodziewać konkretnych zdarzeń. Już sam ten wątek wystarczyłby, żeby wciągnąć czytelnika w lekturę. W towarzystwie tajemniczej legendy, straszliwej klątwy, niebezpiecznej wyprawy, smoków, potworów i przygód, staje się wspaniałą rozrywką. Jestem pewna, że „Klątwa tygrysa” znajdzie wielu wielbicieli, którzy z niecierpliwością będą wyczekiwać kolejnej części. Autorka zadbała bowiem, żeby ten tom zakończyć jeszcze bardziej niespodziewanie i dramatycznie niż poprzedni… A to rozbudza wyobraźnię – taka przecież jest rola dobrej książki, prawda? 

moja ocena: 8/10

niedziela, 9 września 2012

"Kocha, nie kocha" Rachel Herron

 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Premiera: czerwiec 2012
Stron: 416
recenzja dla:

Dla miłośniczek romansów
"Kocha, nie kocha" to powieść dedykowana miłośniczkom romansów porywających, trzymających w niepewności i zaskakujących żarem uczuć bohaterów. Nie wyobrażam sobie mężczyzny czytającego tę książkę. Choć, kto wie, może mam po prostu słabą wyobraźnię?
Książka Rachel Herron przenosi nas w świat tak odmienny od polskiej codzienności, że aż bajkowy. Wraz z główną bohaterką Abigail trafiamy do urokliwej miejscowości, pełnej wzgórz, pasących się owiec i wielkich gospodarstw. To świat, którym rządzą prawdziwi mężczyźni – silni, zapracowani, ogorzali od słońca i… patrzący na kobiety z pobłażaniem, politowaniem lub… pożądaniem (dotyczy najładniejszych niewiast). Taki jest lub wydaje się być Cade, główny bohater książki. To do jego gospodarstwa trafia Abigail, stając się właścicielką zrujnowanego domku na jego terenie. Jak to możliwe? Okazuje się, że sprawa została ukartowana przez Elizę, wielką sławę świata robótek ręcznych, znaną z talentu do przędzenia i robienia na drutach. Starsza pani zapisała w testamencie całe gospodarstwo Cade’owi, którego właściwie wychowywała jako ciotka, natomiast mały domek na jego obszarze - Abigail, z którą zaprzyjaźniła się mieszkając w mieście.

Nasza bohaterka jest młodą i piękną kobietą, której największym hobby jest robienie na drutach. Właściwie to nawet praca – Abigail zajmuje się pisaniem książek o robótkach i opracowywaniem nowych wzorów. Ucieka z miasta, próbując uwolnić się od prześladującego ją mężczyzny i tak trafia na farmę Cade’a. On sam jest rozwścieczony decyzją ciotki o podziale ziemi i obecnością zupełnie obcej dziewczyny. Z czasem zauważa jednak pewne plusy posiadania takiej sąsiadki. Co więcej, zauważa samą sąsiadkę, do której coś go przyciąga, wbrew niechęci, którą sobie obiecał. A jak na swojego gospodarza reaguje Abigail? Bardzo emocjonalnie i… zmiennie.

Powieść cechuje wartka akcja i zgrabna narracja. Z pewnością wciąga czytelniczkę w wydarzenia i nie pozwala pozostać obojętną. Niestety, momentami też śmieszy lub irytuje infantylizmem bohaterów, patetycznymi opisami i przekoloryzowanymi wydarzeniami. Chwilami przypomina wręcz wenezuelską lub brazylijską telenowelę, pełną namiętnością, pożądania i wydarzeń tyle tragicznych i porywających, co nierealnych. Właśnie tutaj można wpasować sceny ratowania ukochanej w ostatniej sekundzie przed wybuchem szopy pełnej butli z rozpuszczalnikami (tak, słusznie przypuszczacie - ratowania z narażeniem życia, przez zakrycie jej własnym ciałem!) czy nagłego wybuchu pożądania podczas przypadkowego spotkania bohaterów w łazience. Opisy "mięśni drgających na nagim torsie" i tym podobnych, tylko potęgują moje odczucia.

Nie jest to z pewnością ambitna lektura dla miłośników wartościowych książek z przesłaniem. Takich rozczaruje swoim infantylizmem. Doskonale za to nadaje się do czytania podczas wakacji, jako niezobowiązująca i niewymagająca myślenia powieść pełna emocji, trzymająca w napięciu i… rozbudzająca marzenia. Z pewnością sprawi wiele radości podczas wakacyjnej podróży, ale też rozgrzeje w zimowy wieczór, najlepiej w towarzystwie gorącej herbaty lub lampki wina.

moja ocena: 6/10

sobota, 8 września 2012

"Na rozstaju dróg" Richard Paul Evans


Wydawnictwo: Znak
Premiera: sierpień 2012
Stron: 304
recenzja dla:

Podróż coraz ciekawsza

 "Na rozstaju dróg" to druga część "Dzienników pisanych w drodze" autorstwa Richarda Paula Evansa. Całkiem niedawno, recenzując część pierwszą („Dotknąć nieba”) pisałam, że warto po nią sięgnąć, bo ma pozytywne przesłanie i zawiera liczne perełki w postaci cytatów z dziennika głównego bohatera. Teraz napisałabym, że warto po nią sięgnąć przede wszystkim dlatego, żeby móc przeczytać część drugą. O ile poprzednia była bardzo dobra, ta jest po prostu świetna. I nie potrafię sobie wyobrazić czym jeszcze może nas zaskoczyć autor w kolejnej… A Richard Evans zaskakuje mnie coraz bardziej. Po pierwsze przejściem od cukierkowych scenariuszy z przewidywalnym happy endem do opowieści mocnych, ale realistycznych, porywających swoją fabułą. Po drugie sięganiem po historie, które naprawdę się wydarzyły, czerpaniem z bogatych wspomnień niezwykłych osób. Po trzecie – dojrzałością stylu, pięknym, prostym językiem, który czyta się i wchłania w sposób naturalny, niewymuszony. I naprawdę nie wiem skąd Evans bierze myśli zamieszczane jako zapiski bohatera, ale jeśli wymyśla je sam, to jestem pełna podziwu dla jego mądrości i precyzji ujęcia tak wielu treści w tak niewielu słowach.

Nie będę ukrywać, że historia Alana Christoffersena mnie urzekła. Oto mężczyzna, który, utraciwszy po wypadku żonę, a po oszustwie wspólnika również firmę, dochody i cały majątek, wyrusza w podróż. Podróż niezwykłą, bo pieszą i wiodącą… przez całe Stany Zjednoczone. W pierwszej części "Dzienników..." nie dochodzi jednak daleko, zaatakowany i ugodzony nożem przez bandę nastolatków w okolicach Spokane. W drugiej budzi się w szpitalu i przekonuje, że poza złymi ludźmi na trasie jego wędrówki znalazło się też wielu dobrych i całkowicie bezinteresownych. Co ważniejsze, tych drugich jest zdecydowanie więcej. Ktoś pomógł mu, zanim wykrwawił się na poboczu drogi, ktoś zaopiekował nim w szpitalu, pomógł w rehabilitacji, a jeszcze ktoś inny zaoferował mu mieszkanie na czas rekonwalescencji. Obcej osobie, zupełnie za darmo i bez żadnych wymagań. Szybko jednak okaże się, że dobre uczynki są najlepszą walutą i właśnie w niej Alan "zapłaci" za pomoc swojej gospodyni. Kto wie, które z nich tak naprawdę bardziej potrzebuje pomocy…

Podróż i cierpienie bohatera są prawdziwe aż do bólu. Dosłownie. Nie brakuje wypadków, groźnych sytuacji, zwątpienia, poczucia straty, rozpaczy, rezygnacji, zmagania się z problemami własnymi i innych, wątpliwości co robić dalej i pytań czy warto iść aż na drugi koniec kraju, by odnaleźć siebie. Coś wam to przypomina? Mnie również - drogę, jaką każdy z nas przechodzi, zwyczajne, codzienne życie. Opowieść Alana uczy nas, że nie wolno się poddawać, nawet jeśli nie wiemy, co nas spotka po drodze ani nawet nie znamy celu wędrówki. Każe wierzyć, że dobro przetrwa i zwycięży. Daje nadzieję, że cierpienie i strata mają sens, nawet jeśli nie odkrywamy go od razu. Nawet, jeśli nie odkrywamy go nigdy.

Z pewnością "Na rozstaju dróg" zaliczę do grona najciekawszych nowości tego roku i postawię na półce z ulubionymi książkami – tymi, które często polecam i pożyczam znajomym. ­Bo coraz trudniej o książki wartościowe, niosące konkretne przesłanie a nie tylko błahą rozrywkę i możliwość zabicia czasu. Ufając talentowi i mądrości Richarda Evansa, polecę czytelnikom wszystkie części "Dzienników pisanych w drodze". I z niecierpliwością będę czekać na tą ostatnią, by przekonać się, co czeka Alana na końcu tak niezwykłej wędrówki.

moja ocena: 9,5/10

środa, 15 sierpnia 2012

"Zwykłe niezwykłe życie" Dorota Sumińska


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Premiera: maj 2012
Stron: 285
recenzja dla:

Zwykła niezwykła książka

 
Książka Doroty Sumińskiej to opowieść o życiu zwykłym i niezwykłym, czyli takim, jakie wiedzie większość z nas. Jest w nim miejsce na miłość i przyjaźń, sytuacje zabawne, radosne i smutne, problemy i rodzinne tragedie, tajemnice oraz niewyjaśnione historie z przeszłości… A takie ma chyba każda rodzina. No, może nie w każdej rodzinie roi się od zwierząt, od psów począwszy, na tresowanych gęsiach skończywszy. Ale trudno się temu dziwić, skoro autorka książki jest z wykształcenia weterynarzem. Swoją zoologiczną pasję Dorota Sumińska wyraża także literacko, pisząc poradniki dotyczące zwierząt oraz powieści, na kartach których mieszka mnóstwo czworonogów i jeszcze więcej skrzydlatych stworzeń.
Rozczaruje się czytelnik, który szuka książki wciągającej, porywającej wartką akcją czy intrygującą wielką tajemnicą. To raczej saga rodzinna, choć niewielkiej objętości, opowiadająca historię Anieli, Wacka, Mańci, Wandy i Wandzi oraz kilku innych osób. Ich losy splatają się, przecinają jak to na mapie życia bywa, rozchodzą i komplikują podczas wojennej zawieruchy, by znowu się spleść ze starymi ścieżkami i związać z całkiem nowymi osobami. W domu bohaterów pojawiają się liczne zwierzęta, które grają tutaj istotne role. Mamy gęś która zamiast obiadem, staje się najwierniejszą przyjaciółką pana domu, dwie sowy, gołębie, psy, a nawet… niedźwiadka. Dzięki temu powieść nabiera nietypowego charakteru, staje się zabawna i zaskakująca, a jednocześnie domowa i pełna ciepła. Bo, jeśli stosunek do zwierząt ma mówić o charakterze człowieka, to o bohaterach "Zwykłego niezwykłego życia" można mówić tylko pozytywnie.
Chociaż mnie, przyrodnikowi wychowanemu w domu zawsze pełnym czworonogów, a okazjonalnie nawet mówiących papug, taka książka przypadła do gustu, mam świadomość, że wielu osobom się nie spodoba. I to z tych samych względów, dla których ja ją polubiłam. Z pewnością część czytelników uzna, że zbyt wiele zwierząt przewija się przez stronice tej powieści i będzie z niesmakiem marszczyć nosy na myśl o gęsi mieszkającej w kuchni, płomykówkach nocujących w gabinecie czy brunatnym misiu śpiącym w małżeńskim łożu. Mam jednak nadzieję, że większość odbiorców doceni subtelny humor i pomysłowość autorki, która wszystkie te stworzenia wplata w rodzinne losy jakby mimochodem… Ot, taka gęś przyprowadzona przez Józefa wracającego z wojennej zawieruchy, ku chwilowej radości żony. Dlaczego chwilowej? Bo na pytanie Wandy, co stało się z jego obrączką, Józef odpowie, że "to jest moja obrączka" i wskaże gęś. Nie, gęś nie połknęła obrączki, ale została za nią kupiona. Ma na imię Kasia. I, oczywiście, nie wolno jej zjeść. Przyjaciół się nie je. A sowy? Te trafią do Wacka przypadkiem, zagnieżdżą się w jego gabinecie i zostaną tajemnicą, do której dopuści jedynie teścia – Józefa.
Nie można odmówić Dorocie Sumińskiej lekkości pióra. Autorka czaruje nas nie tylko barwnymi opowieściami o czworonożnych i pierzastych domownikach, ale też urokliwym w swojej prostocie językiem i narracją, która subtelnie wciąga czytelnika w tę rodzinną historię i każe w niej uczestniczyć, przeżywając wzruszenia, radości i smutki wraz z bohaterami. Jak w rodzinie, tej książkowej, która podczas lektury staje się naszą własną. Trudno nie polubić tej książki i jej bohaterów. Trudno także pozbyć się myśli, że tak mogła się ułożyć rodzinna historia każdego z nas. Jak to w życiu, które przecież jest zwykłe i niezwykłe zarazem. Zupełnie tak, jak książka Doroty Sumińskiej. 

moja ocena: 7/10

sobota, 11 sierpnia 2012

"Dotknąć nieba" Richard Paul Evans


Wydawnictwo: Znak literanova
Premiera: czerwiec2012
Stron: 272
recenzja dla:

Przemiana w drodze

Najnowsza książka Richarda Paula Evansa zaskakuje. Stali czytelnicy są już przyzwyczajeni do jego poruszających historii, mówiących o miłości, kończących się najczęściej happy endem. Tym razem autor zaprasza nas w podróż. Będzie to podróż niezwykła, pełna zaskoczeń i spontanicznych rozwiązań, obfitująca w spotkania z obcymi ludźmi, życzliwymi i tymi nie nastawionymi zbyt pozytywnie do bohatera. Przede wszystkim jednak będzie to podróż zmieniająca życie i samego wędrowca.
Alan jest mężczyzną, który w życiu osiągnął wszystko, o czym marzy większość ludzi. Ma piękną żonę, własną, dobrze prosperującą firmę, luksusowy dom, sportowy samochód i zagraniczne wakacje. Jego życie jest idealne... do pewnego momentu. Kiedy traci wszystko co miał, odkrywa, że nie stanowiło to sensu jego życia. Postanawia wyruszyć w samotną podróż, by odnaleźć sens i nadzieję, które pozwolą mu żyć dalej. Nie wie, dokąd iść i co go czeka. Nie planuje, idzie przed siebie, zatrzymuje się, kiedy zmęczenie bierze górę nad jego organizmem, sypia w przypadkowych miejscach. Czasami są to hotele, innym razem opuszczone rudery albo las. Nawiązuje znajomości z napotkanymi ludźmi, często dowiadując się o nich bardzo osobistych rzeczy i poznając niezwykłe historie ich życia. Tak spotyka Angel, tajemniczą kobietę, której pomaga, by później spotkać ją ponownie w zaskakujących okolicznościach...

„Dotknąć nieba” to pierwsza część „Dzienników pisanych w drodze”. Po jej lekturze odniosłam wrażenie, że to dopiero wprowadzenie do właściwej historii, którą poznamy w kolejnej książce. Będę na nią czekać z niecierpliwością. Nawet bez wyraźnego zakończenia i puenty powieść niesie mocne, pozytywne przesłanie. Jego głównym nośnikiem są fragmenty zapisków Alana, cytowane na początku każdego rozdziału. To prawdziwe perełki, które z powodzeniem można by drukować na okolicznościowych kartkach i na kalendarzach.
Przez jakiś czas irytowały mnie szczegółowe opisy posiłków zamieszczone w dzienniku. Informacje, gdzie dokładnie Alan zjadł burgera ze strusia albo naleśniki i ile koktajlu będącego miejscową specjalnością przy tym wypił... Później odkryłam w nich jakąś prawidłowość. Tak naprawdę to przerwy na jedzenie były jedyną stałą i pewną częścią dnia podczas wędrówki w nieznane. Może też jedynym, co dawało bohaterowi tej historii poczucie bezpieczeństwa i możliwość orientacji w mijającym czasie?

„Dotknąć nieba” to historia warta polecenia. Fanom Evansa, by zobaczyli ulubionego autora w trochę innym wydaniu, pozostałym natomiast – żeby zachęcić do sięgnięcia po jego twórczość.

moja ocena: 8/10

środa, 8 sierpnia 2012

"Czarownica" Anna Klejzerowicz



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Premiera: kwiecień 2012
Stron: 264
recenzja dla:

Czarownica nie czaruje

 
Okładka książki wręcz hipnotyzuje spojrzeniem niezwykłej dziewczynki o brązowych oczach. Opis zapowiada powieść tajemniczą, oscylującą wokół magii i niezwykłych wydarzeń związanych z postacią dziecka. Treść jednak niewiele ma wspólnego z tymi oczekiwaniami.
Zamiast baśniowej historii, której się spodziewamy, otrzymujemy prawie banalną opowieść o dwojgu ludzi, którzy przełamują swoją samotność i odnajdują się w malutkiej wiosce. To tam przeprowadza się bohater książki, uciekając od miejskiego zgiełku i szarej codzienności. Ten bardzo popularny ostatnio motyw, zazwyczaj dotyczący literackich bohaterek, w powieści Anny Klejzerowicz został wykorzystany w odniesieniu do mężczyzny i to jest element nowości.
Michał ma już za sobą czterdziestkę i nieudane małżeństwo. Kiedy przenosi się na wieś i zaczyna budować dom, zauważa tajemniczą kobietę, mieszkającą w pobliżu. Nie utrzymuje ona kontaktu z sąsiadami i zdecydowanie nie cieszy się ich sympatią. Mieszkańcy wioski właściwie nic o niej nie wiedzą, a fakt ten podsyca ciekawość bohatera powieści... Potem wszystko toczy się bardzo szybko. Odniosłam wrażenie, jakby autorka spieszyła się z tą częścią książki, by dobrnąć do kolejnej i wprowadzić na scenę główną bohaterkę – milczącą i tajemniczą dziewczynkę z okładki. Szkoda, bo „Czarownica” straciła swój wyraz, a relacja bohaterów została strywializowana. Ta część powieści mogła zostać bardziej rozbudowana, co zrównoważyłoby kompozycję całości i z pewnością nie zaszkodziło cieniutkiej przecież książce.

„Czarownica” porusza tematy ważne i trudne, sięgając po wątki rozbitych rodzin, alkoholizmu, sieroctwa, adopcji i gotowości do rodzicielstwa. Pod tym względem jest naprawdę godna polecenia, bo to sprawy, o których warto mówić, pisać i czytać. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu niedopasowania okładki do treści książki i przekonaniu, że czytelnicy po przeczytaniu opisu z okładki mogą być zaskoczeni treścią, a osoby zainteresowane podobną tematyką, na „Czarownicę” nie trafią.

moja ocena: 5/10

niedziela, 5 sierpnia 2012

Po długiej przerwie... Stosiki!

 Oj, nie było mnie tutaj długo. Przyznaję się do karygodnych zaniedbań. Najpierw pobyt w szpitalu, potem kilka wyjazdów, w tym ponad dwa tygodnie spędzone w górskiej chacie pełnej gimnazjalistów... Wbrew pozorom, było to wspaniałe doświadczenie... :)
Za to po powrocie czekała mnie niespodzianka w postaci stosu książkowych paczek:


Ponieważ dawno nie było zdjęcia stosiku, ba, recenzje zdążyły ju wyprzedzić stosikowe zapowiedzi, trudno mi było ogarnąć, które książki sfotografować. Część przeprowadziła się na wakacje do moich znajomych, zwłaszcza do Asi, u której sfotografowałam kilka moich książek:


Od góry są to:
- "Słodki zapach brzoskwiń" od Znaku, 
- "Ostrożnie z marzeniami", "Czary w małym miasteczku", "Przepis życia", "Dom na szczycie klifu" od Prószyńskiego, 
- "Dama w opałach" - Znak literanova.
Wszystkie już przeczytane i mam nadzieję, że wkrótce ukażą się recenzje (a zaległości w ich pisaniu mam, niestety, sporo). 


Maleńki stosik z książkami Richarda Paula Evansa - "Bliżej słońca" oraz "Kolory tamtego lata". Brakuje "Dotknąć nieba", czyli pierwszej części "Dzienników pisanych w drodze". Sfotografowane w mieszkaniu w mieście, gdzie byłam przelotem. Właściwy stosik, który mieszka razem ze mną na wsi:



  • "Detektyw Monk wyrusza w podróż" (Rebis) - doskonale się bawiłam przy tej niewielkiej książeczce i czekam już na kolejny tom,
  • "Świat w moich oczach" (Prószyński) - jestem bardzo ciekawa tej lektury, 
  • "Dzisiaj, jutro, zawsze' (Prószyński), 
  • "Jak makiem zasiał" oraz "Aż po ciemny las" - dwa kolejne "Asy kryminału" od Prószyńskiego,
  • "Chorwacka przystań" (Prószyński), która dotarła do mnie zaledwie dwa dni temu,
  • "Teoekologia" Rogowskiego - zdobycz z wyprawy do Wrocławia, fascynująca lektura,
  • "Requiem dla żołnierz z Monte Cassino" (Promic) - poruszająca opowieść o młodym niemieckim żołnierzu,
  • "Tata" (Prószyński),
  • "Era radości" (Radwan) - książka autorstwa Iwony Szymury, jednej ze wspomnianych na początku posta gimnazjalistek (!!), 
  • "Szkoła gotowania pod Amorem" (Prószyński).
No więc wracam...  :) 

poniedziałek, 18 czerwca 2012

"Alibi na szczęście" Anna Ficner - Ogonowska


Wydawnictwo: Znak
Premiera: maj 2012
Stron:672
recenzja dla:

Debiut przez wielkie "D" 
 
Książka Anny Ficner-Ogonowskiej to publikacja zaskakująca pod wieloma względami. Po pierwsze, to debiut literacki niezamierzony przez autorkę - ujrzał światło dzienne dzięki jej mężowi, który potajemnie wysłał powieść do wydawnictwa, nie pozwalając żonie pisać „do szuflady”. Po drugie, to debiut przez wielkie „D” – odpowiednio nagłośniony, rozreklamowany, z rekomendacjami Danuty Stenki i Artura Żmijewskiego na okładce. Po trzecie, przyznać należy, że pierwsza powieść w wymiarze 650 stron robi wrażenie. Powiększa je dodatkowo zapowiedź kolejnej części. Po czwarte, dla czytelnika recenzji z pewnością najważniejsze, „Alibi na szczęście” czyta się naprawdę doskonale.
Sam fakt, że historia miłosna opisana w tak obszernej książce nie dłuży się i nie irytuje powolnym rozwojem akcji, ale wciąga, nie pozwalając się odezwać od lektury, świadczy o niewątpliwym talencie autorki. Po tak wielu stronach i długim czasie spędzonym z bohaterami powieści... mam ochotę na kolejne minuty i kolejne strony! Z niecierpliwością będę czekać do września, żeby ponownie spotkać „przyszywane” siostry, Hankę i Dominikę, Mikołaja, Przemka, serdeczną panią Irenkę, mówiącą wierszem Aldonę, urocze bliźniaczki Ulę i Zuzę, dorastającego Mateusza i wielu innych... Każda z postaci jest tak wyrazista, tak realna, że odnoszę wrażenie, jakbym co rano spotykała mamę Mikołaja w warzywniaku pani Walentyny, a Hankę na pobliskim bazarku. Jestem pełna podziwu dla autorki, która z taką dokładnością i cierpliwością zarysowała sylwetki bohaterów, każdą tak różną od pozostałych, tak dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Jak można nie polubić pełnej życia Dominiki, sypiącej zabawnymi powiedzeniami jak z rękawa, szalonej i zabieganej, jedzącej palcami i dyrygującej życiem przyjaciółki, ale zawsze troszczącej się o nią ze szczerego serca? I jak nie ulec czarowi pani Irenki, będącej uosobieniem dobroci, wymarzoną ciocią albo babcią, która na każdą bolączkę znajdzie sposób, czy to w formie rozmowy przy herbatce z cytryną, czy w milczącym uścisku i całusie w czoło?
„Alibi na szczęście” to historia wielkiej miłości, opowieść o cierpliwości i determinacji w walce o ukochaną osobę. Hanna Lerska to młoda nauczycielka wiodąca uporządkowane, idealne wręcz życie. Piękny dom, praca, liczne pasje, uroda... Wydaje się, że ma wszystko, o czym może marzyć dwudziestosześciolatka. Ale to tylko pozory, pod którymi skrywają się straszliwe wspomnienia, nieopisany ból i strach, którego nie sposób pokonać. O tym wszystkim nie wie jednak Mikołaj, prowadzący firmę architektoniczną w centrum Warszawy. Zakochuje się w Hance i postanawia o nią walczyć. Nie podejrzewa nawet jak długa i trudna droga go czeka. W jej przejściu pomoże mu wspólnik i przyjaciel, Przemek oraz Dominika – przyjaciółka Hani, zżyta z nią jak z siostrą.
Powieść ma w sobie coś niezwykłego, co sprawia, że pomimo potężnego ładunku uczuciowego, miłosnej monotematyczności i obszerności, czyta się ją jednym tchem. Pochłania niczym doskonały kryminał, co sugeruje Artur Żmijewski w cytowanej na okładce recenzji. Jest przy tym wyważona – nie razi nadmiarem romantycznych scen, a przy tym każdą z nich opisuje bardzo szczegółowo i subtelnie. Czytelnik ma wrażenie, że narracja zwalnia, koncentruje się na bohaterach, zamyka w niewielkiej przestrzeni ich spojrzeń i słów. Staje się intymna, ale jednocześnie zachowuje umiar. Jest dokładnie taka, jakiej oczekiwałabym od książki tego gatunku.

Po wielu zachwytach, wypada mi przyznać, że z pewnością nie każdemu czytelnikowi „Alibi na szczęście” przypadnie do gustu. Domyślam się też, że trafi przede wszystkim w ręce czytelniczek. I pewnie jest trochę bajkowa, ale ja chcę wierzyć, że taka historia może się przydarzyć każdemu z nas. Być może już się zdarzyła? Powieść niesie nadzieję, każe wierzyć, że z każdej sytuacji jest wyjście, złe wspomnienia można oswoić, a szansa na szczęście jest w zasięgu ręki. I pozostaje mi życzyć – autorce weny twórczej, czytelnikom przyjemnej lektury tej i, miejmy nadzieję, kolejnych powieści Anny Ficner – Ogonowskiej.

moja ocena: 9/10

niedziela, 3 czerwca 2012

Szaleństwo zakupów :)

 Weekend, podczas którego zupełnie nie miałam czasu na pisanie i prawie wcale na czytanie, zaowocował jednak szalonymi zakupami książkowymi :). Pierwszą okazją były Targi Książki Katolickiej w Katowicach, które odwiedziłam 1 czerwca. Z licznych promocji wybrałam kilka pozycji przydatnych na studiach i "w okolicy". Zachwyciło mnie stanowisko wydawnictwa PROMIC, gdzie poza powieścią "Listy z jeziora" oraz książką P.M. Delfieux, upolowałam dwa skarby - wymarzoną od lat "Sztukę ikony" Evdokimova oraz "Świat ikony" Jazykowej. Do tego ceny były naprawdę przyjemne, a do torby z zakupami trafiło jeszcze sporo krówek w prezencie od wydawnictwa :)


Drugą okazją do zakupów, szalonych zupełnie, był wyjazd na spotkanie młodzieży nad jeziorem Lednica. Tutaj niespodziankę zrobiło wydawnictwo Znak, oferując całkiem pokaźną część swoich książek w bajecznych cenach... Jedynym problemem było uchronienie cennych zakupów przed deszczem i dotransportowanie ich do autokaru zaparkowanego w dość sporej odległości od pól lednickich... Ale potrójna warstwa foliowych worków się sprawdziła i zakupy dotarły w całości. 
Nie wiem czy bardziej cieszy mnie "Dotknij ran" Halika (ostatnia jego książka, której brakowało mi w kolekcji) za 5 zł, "Odrzucony obraz" Lewisa, czy komplet papieskich adhortacji za jedyne 10 zł (cena na okładce 99 zł). A jeszcze "Donos na Wojtyłę".... 



I najlepsze na koniec. Za wszystkie zakupy na powyższym zdjęciu zapłaciłam...  50 zł  ! (ceny na okładkach dają 374,80)   :D

wtorek, 29 maja 2012

"Misja na czterech łapach" W. Bruce Cameron


Wydawnictwo: Illuminatio
Premiera: 2012
Stron: 304
recenzja dla:

Historia jednego psa... w kilku wcieleniach

Przyznaję, na początku zraziłam się do tej książki – jakoś odrzucała mnie wizja psiej reinkarnacji. Owszem, mówiło się o dziewięciu kocich żywotach, ale żeby psich? Poza tym, ile razy można być szczeniakiem? Co gorsza, ile razy można czytać opis śmierci psa, w dodatku jednego psa?! Na szczęście autor zachował pewien umiar i do dziewiątego życia swojego czworonożnego bohatera nie dopuścił, znajdując rozwiązanie całej sprawy...
O głównym bohaterze „Misji na czterech łapach” jedno wiadomo na pewno – jest psem. W sensie gatunkowym oczywiście, bo z płcią bywa różnie, w jednym życiu to pies, w innym suczka... Do tego raz kundelek, innym razem golden retriever albo owczarek szwedzki. W kolejnych wcieleniach zmienia się wszystko, od wielkości i ubarwienia zwierzaka, po jego imię i właścicieli. Co ciekawe, ma on świadomość poprzednich „żyć”, a jego pamięć pozostaje wciąż ta sama. Dzięki temu raz pokochawszy Ethana, przekonany, że jego misją jest uratowanie chłopca, dąży do tego nawet w kolejnym psim życiu.

Ujmujący jest sposób narracji – o swoich przygodach opowiada czytelnikowi bezpośrednio czworonożny bohater. Komentuje on wydarzenia i wypowiedzi ludzi, których słów i zachowania często nie rozumie. Wyławia więc znajome wyrazy, które z czymś się kojarzą i na nie reaguje. Podobnie wychwytuje wzorce zachowań. Co ciekawe, doskonale wyczuwa emocje ludzi, chociaż części z nich nie potrafi nazwać. Odbiera nie tylko strach, radość, zdenerwowanie i inne podstawowe uczucia, ale także tkwiące głęboko wewnątrz człowieka smutek i osamotnienie. Zwłaszcza te ostatnie niepokoją psa, który pragnie uratować od nich człowieka.
Już po lekturze kilku akapitów książki, czytelnik odkrywa, że autor musi być miłośnikiem psów i doskonale znać ich zwyczaje oraz zachowania, również hierarchię obowiązującą w psim stadzie. To z jednej strony zaskakuje, z drugiej – pozwala spojrzeć na swojego czworonoga z innej strony. Odkąd przeczytałam „Misję na czterech łapach”, łapię się na analizowaniu zachowania mojego psa i zastanawianiu nad tym, jak on odbiera moje gesty i słowa! Mam jednak nadzieję, że nie podlega on żadnej reinkarnacji i jest po prostu moim psem.

Powieść Camerona można uznać za wzruszającą, łzawą i momentami infantylną. Jest utrzymana w konwencji amerykańskiego filmu rodzinnego, opowiadającego historię bohaterskiego psa i w dodatku wykorzystującego motyw powrotu na Ziemię po śmierci, aby dokończyć jakąś misję. Tym razem jednak jest to „misja na czterech łapach”, w dodatku napisana z rozmysłem i ze znawstwem. Zaskakuje precyzyjnym splotem wielu przypadkowych wydarzeń, które z czasem zaczynają się układać w całość.

Jestem pewna, że książka „Misja na czterech łapach” przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom psów i nie tylko im. Będzie też wspaniałym prezentem dla właścicieli czworonogów oraz tych, którzy wspominają swojego psiego przyjaciela z dzieciństwa.

moja ocena: 9/10

wtorek, 22 maja 2012

Powrót ze stosikiem w tle :)

Oj tak, trochę mnie tutaj nie było... A to wszystko przez awarię laptopa. W pierwotnej wersji miał mieć uszkodzony wyświetlacz, ostatecznie wymieniono mi płytę główną, kasując wszystkie dane... I tak utraciłam wiele cennych dla mnie plików, w tym zdjęć i, oczywiście, recenzji. Wczoraj laptop powrócił, mam więc znowu dostęp do bloga. Szkoda, że zaczynam od nowa i muszę napisać tyle zaległych recenzji, niektóre drugi już raz... Trudno mi się do tego przemóc, ale nie ma wyboru. Ponieważ wczoraj udało mi się też skręcić kolano (tak, tak, we własnym pokoju!), trochę więcej czasu spędzam w domu i mam nadzieję, że to zaowocuje kilkoma tekstami.:)
Tymczasem przez te dwa tygodnie mojej nieobecności uzbierało się kilka książeczek: 



Od góry:
  •  Catrin Collier "Amerykańskie lato" od Prószyńskiego i S-ki - już przeczytałam i dałam się nie tylko wciągnąć, ale też zaskoczyć zakończeniu;
  • Umberto Eco "Imię róży" z wyd. Noir sur Blanc - to wersja z "poprawkami" autora. Bardzo mnie ciekawi, co wg Eco nadawało się do poprawy. Książka dopiero dotarła, więc jeszcze czeka na swoją kolej. Zastanawiam się czy nie czytać równolegle ze starym wydaniem :);
  • Anna Maria Jaśkiewicz "Przeczekać ten dzień" PROMIC - następna w kolejce, intrygująca, bo zebrała sporo pochlebnych recenzji;
  • Maureen Lee "Wędrówka Marty" Świat Książki - o dramacie matek nieletnich żołnierzy podczas wojny; przeczytana, czeka na recenzję;
  • Norman Lebrecht "Pieśń imion" Świat Książki - teraz czytam;
  • Melvin R. Starr "Niespokojne kości" PROMIC - kolejny kryminał z cudownej serii "corpus delicti", równie intrygujący jak wcześniejsze "Morderstwo w klasztorze" oraz "Ślad życia, ślad śmierci".
    Wszystkie pozycje do recenzji dla Lubimy Czytać.

sobota, 5 maja 2012

"Czterdzieści zasad miłości" Elif Shafak



Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Premiera: maj 2012
Stron: 480
recenzja dla:

O przyciąganiu się przeciwieństw

 
Najnowsza książka tureckiej autorki jest osobliwym połączeniem kultur Wschodu i Zachodu, czasów współczesnych i średniowiecznych, monotonii szarej codzienności i dreszczyku emocji, który towarzyszy poznawaniu tajemnic świata. Można pomyśleć, że do pomieszczenia takich przeciwieństw potrzeba dwóch książek. I, właściwie, „Czterdzieści zasad miłości” to dwie książki sprytnie splecione w jedną...

Bohaterką książki jest Ella Rubinstein – kobieta w średnim wieku, która według wielu osób powinna być szczęśliwa. Związana od lat z jednym mężczyzną, matka dorosłych prawie dzieci, zamożna... A jednak Ella pewnego dnia odkrywa, że nie jest sobą i nie czuje się spełniona, tkwiąc wciąż w domu. Postanawia poszukać pracy i dość szybko zatrudnia się jako recenzentka w wydawnictwie. Nie przypuszcza nawet, że pierwsze ze zleceń odmieni całkowicie jej życie... „Słodkie bluźnierstwo” Aziza Zahary opowiada o trzynastowiecznym filozofie i poecie Rumim oraz wędrownym derwiszu Szamsie z Tebrizu. To ich historia staje się „książką w książce”, którą poznajemy naprzemiennie z opowieścią o bohaterce – w tempie, w jakim ona sama czyta recenzowaną powieść. Z każdą stroną czuje się coraz bardziej zafascynowana książką i jednocześnie... rozczarowana swoim życiem. Zaczyna stawiać sobie pytania o cel, sens i poczucie szczęścia w tym wszystkim, czym się zajmuje. W końcu pisze do autora, który okazuje się być podróżnikiem, derwiszem-samoukiem, ale także jedynym człowiekiem, który rozumie Ellę. Od tej pory wymiana elektronicznych wiadomości staje się najważniejszym punktem dnia, na rzecz którego kobieta zaniedbuje czasem domowe obowiązki... A to dopiero początek historii!
Powieść jest niezwykła już z racji swojej konstrukcji. Co ciekawe, można ją przeczytać albo wybierając same historyczne rozdziały opowiadające o Rumim i Szamsie, albo współczesne, dotyczące Elli. Tytuł odnosi się do tych pierwszych. Mają one niepowtarzalny klimat Wschodu wieków średnich, ulotny i tajemniczy, pełen wędrownych nauczycieli, mistyków i filozofów, zwyczajów tak różnych od naszych, że czasem szokujących... Część współczesna natomiast jest zupełnym przeciwieństwem – życie pełne monotonii, codziennego pośpiechu, nudnych obowiązków, rodzinnych nieporozumień... Zdecydowana większość czytelników odnajdzie siebie w świecie Elli i podobnie jak ona, zatęskni za „tamtym”, pełnym prostoty i czaru.
Zastanawiam się, czy to nie celowa pułapka zastawiona na czytelnika z kręgu kultury europejskiej. Naprawdę trudno nie ulec czarowi orientu... Do tego niepokojące jest rozwiązanie problemu, który pojawia się w życiu Elli wraz z rozwojem wydarzeń, kiedy tajemniczy świat Wschodu zdaje się coraz mocniej wdzierać w jej poukładane dotąd życie. Zastanawia też łatwość, z jaką bohaterka podejmuje decyzje, uzasadniając je poszukiwaniem miłości i szczęścia. Mimo wszystko – nie można się odciąć od własnej przeszłości, zwłaszcza, jeśli trwa ona w teraźniejszości i ma twarze bliskich osób...

moja ocena: 7/10

środa, 2 maja 2012

"Przypadki pani Eustaszyny" Maria Ulatowska


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Premiera: marzec 2012
Stron: 424
recenzja dla:

Starsze panie nie są nudne! 

Uwaga! To książka o kobiecie przebojowej, zdecydowanej, pewnej siebie i świadomej swojego wdzięku, doskonale radzącej sobie z płcią przeciwną i w dodatku sławnej – zdecydowanie nie dla mężczyzn o słabych nerwach. Drobiazg, że owa kobieta ma jakieś osiemdziesiąt lat (tak dokładnie nie wiadomo ile, bo przecież „kobiet o wiek się nie pyta”)...
Maria Ulatowska, która zadebiutowała kilka lat temu pogodnymi książkami o mieszkańcach Pensjonatu Sosnówka, zaskoczyła swoich czytelników (bo wierzę, że nie tylko czytelniczki), kreując postać pani Eustaszyny, wykraczającą zdecydowanie poza literackie schematy. Jednocześnie zawarła w najnowszej książce tak potężną dawkę humoru i pozytywnych wydarzeń, że zdaje się ona być lekiem na wszelkie smutki i każdą chandrę. Jak sama napisała na wstępie publikacji, nie trzeba wszystkiego brać na poważnie, właśnie o to pozytywne przesłanie chodzi. Jeśli tak – ja to „kupuję”. W innej sytuacji mogłabym „Przypadkom pani Eustaszyny” zarzucić nieżyciowość i zbytnią cukierkowość. Ale przecież właśnie takie miały być...

Pani Eustaszyna, czyli Jadwiga Krzewicz-Zagórska, żona Eustachego, jest kobietą pod każdym względem wyjątkową. Mimo zaawansowanego wieku, to nadal ona kieruje rodziną i podejmuje decyzje w każdej materii – od kupna lodówki, po wybór małżonka dla swojej siostrzenicy Marcelinki, która właściwie jest bratanicą męża (co za różnica). Kiedy potrzebuje kardiologa dla Eustachego, nie przyjmuje do wiadomości informacji o kolejkach, zapisach i ograniczeniach państwowej służby zdrowia. O nie, ona po prostu jedzie do pani minister i domaga się załatwienia sprawy. Natychmiast, oczywiście. Potem przeprowadza generalny remont, aranżuje małżeństwo i... pisze książkę, która czyni ją sławną. Ot, drobiazgi...

W powieści spotykamy też bohaterów poprzednich książek autorki, głównie mieszkańców Pensjonatu Sosnówka, jednak nie jest to kontynuacja serii, a jedynie luźne nawiązanie. „Przypadki pani Eustaszyny” można czytać oddzielnie, nie znając dotychczasowej twórczości pisarki. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że Maria Ulatowska pisała w pewnym stopniu o sobie, obdarzając bohaterkę charyzmą i pozwalając jej odkryć talent pisarski „na emeryturze”.
Owszem, fabule można zarzucić nierealność, zbyt prostą budowę, nawet infantylność… To książka lekka, łatwa i przyjemna, a przy tym szalenie zabawna. I dokładnie taka miała być, nie będę więc piętnować tych „wad”. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla czytelnika wymagającego, szukającego piękna literackiego języka, solidnej podbudowy historycznej, zawiłych intryg, wielowątkowości czy tajemniczości. Wszystko jest nieskomplikowane i dość przewidywalne – i chyba dlatego znajduje miłośników, bo wielu z nas marzy czasem o takim życiu, w którym wszystkie problemy się rozwiązują, a każdą sprawę czeka happy end. 
 
moja ocena: 6/10

 

sobota, 28 kwietnia 2012

Stosik na weekend majowy - część druga :)


A jednak udało się zorganizować internet na moim "końcu świata". Przyznam, czuję się dziwnie, kiedy to miejsce nie jest już "odcięte od świata" i nie mogę się tutaj po prostu zaszyć. Ale pewnie się przyzwyczaję :).
Tymczasem obiecany stosik na weekend majowy - długi, bo aż dziewięciodniowy. I sfotografowany w warunkach, w jakich będzie czytany - zielona trawa, słońce... Nareszcie!
Od góry:
  • "Czarownica" Anna Klejzerowicz, 
  • "Seks na sześciu nogach. Kto bzyka w trawie" Marlene Zuk - genialna książka! Pochłaniam ją dosłownie, 
  • "Fascynujące pierwiastki" Hugh Aldersey-Williams, wyd. Prószyński i S-ka, podobnie jak dwie powyższe, 
  • "Ślad życia, ślad śmierci" Maier, wyd. Promic (zapowiada się bardzo obiecująco), 
  • "Dzieje Rzymu od założenia miasta" Tytus Liwiusz - lektura na seminarium łacińskie, 
  • "Zabawy poufne" Agnieszka Osiecka, również od Prószyńskiego, 
  • tak, na samym dole jest książka - w postaci zbindowanego wydruku - "Zwykłe, niezwykłe życie" Doroty Sumińskiej, przesłana przez Wydawnictwo Literackie.
Wszystkie, poza Liwiuszem, do recenzji dla Lubimy Czytać.

Stosik na weekend majowy - częśc pierwsza :)

Długi weekend majowy przede mną - całe 9 dni bez pracy i studiów :). Perspektywa wylegiwania się w ogrodzie z książką i mrożoną herbatą jest tak cudowna, że aż trudno mi uwierzyć, że to już dziś po południu... 
Wyjeżdżając na wieś, zabieram oczywiście odpowiedni stosik literatury. Jego część już tam czeka, więc zdjęcie zrobię na miejscu. Mam nadzieję, że uda mi się go dodać (a to zależy od tego, czy ogarnę mobilny internet i czy on ogarnie mnie - zasięgiem ;)). Tymczasem część pierwsza:


W stosiku trzy powieści, które już czytałam/recenzowałam, ale w postaci roboczych wydruków. Teraz dotarły do mnie same książki,  jeszcze pachnące farbą drukarską :). To "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" Małgorzaty Wardy, "Pod nocnym niebem" Rachel Hore oraz "Czterdzieści zasad miłości" Elif Shafak. Dwóch pierwszych recenzje można znaleźć na blogu, ostatnia wkrótce do nich dołączy.
Ostatnia książka to "Więzień nieba" Zafona. Wyczekiwany, zakupiony przeze mnie w dniu premiery i pochłonięty w ciągu dwóch dni z ogromną radością. 

Wczoraj spotkała mnie miła niespodzianka - od pewnej osoby, zapalonej czytelniczki, również książek ode mnie wypożyczonych, dostałam prezent. A nawet dwa - przepiękne wiosennie kolorowe korale z filcu oraz zakładkę. 


Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego długiego weekendu tym, którzy go mają, pozostałym - równie wspaniałego, choć krótkiego. A jeśli są tu jacyś maturzyści - nie dajcie się! :)

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Chata" William P. Young


Wydawnictwo: Nowa Proza
Rok wydania: 2009 
Liczba stron: 282 

[recenzja pisana pod kątem dogmatyczności treści teologicznych w powieści]

„Chata”, książka napisana w 2007 roku przez Williama Younga, doczekała się licznych wydań zagranicznych i, pomimo zaledwie kilku lat, które upłynęły od premiery, także wielu wznowień. Spotkała się z całym wachlarzem reakcji – od brutalnej krytyki, po uwielbienie i zapewnienia, że zmieniła życie czytelników. Jedni zarzucają jej ckliwość i kiepski styl, inni dostrzegają szereg błędów teologicznych i niedomówień, na które pozwolił sobie autor. Pomimo tych uwag, trzeba przyznać, że Young znalazł bardzo skuteczny sposób, by dotrzeć do szerokiej rzeszy odbiorców, kamuflując pod postacią powieści treści znacznie większej wagi, traktujące o relacji człowieka i Boga, a nawet o samej istocie Boga i Trójcy Świętej.
Jaki jest zatem Bóg, który objawia się Mackenziemu, bohaterowi książki? Przede wszystkim warto zauważyć, że objawia się nie człowiekowi, który może poszczycić się wszelkimi cnotami, ale mężczyźnie wątpiącemu, stroniącemu od praktyk religijnych, a przede wszystkim – noszącemu w sobie pretensje do Boga, który dopuścił do śmierci jego ukochanej córeczki. O więcej, zaprasza Mackenziego za pomocą tajemniczego listu do chaty, w której przed laty zamordowano dziewczynkę. Tam przyjmuje go cała Trójca, zdecydowanie jednak odbiegająca od wszelkich wyobrażeń, jakie nosi w sobie przeciętny chrześcijanin. Bóg Ojciec przyjął postać serdecznej Murzynki, Duch Święty roztańczonej azjatyckiej dziewczynki, tylko Syn pozostał taki, jak o Nim zwykle myślimy – mężczyzna o semickiej urodzie, zajmujący się pracami ciesielskimi.
Takie przedstawienie oburzyło bardzo wielu czytelników, którzy zarzucili autorowi prowokację a nawet obrazę Trójcy. W powieści można odnaleźć dwojakie wyjaśnienie tego obrazu Boga Ojca, każdorazowo włożone w usta Taty. Po pierwsze nie chciał on budować ani umacniać wiary, którą bohater przecież miał, ale pozbawić go fałszywych wyobrażeń o Bogu. Po drugie – nie mógł objawić się jako Ojciec, ponieważ Mackenzie miał złe wyobrażenie ojca z powodu kiepskich relacji ze swoim ziemskim rodzicem. Jakby na potwierdzenie tych słów, kiedy w barwnej i wzruszającej scenie bohater wybacza nieżyjącemu już tacie, Bóg zmienia postać kobiety na mężczyznę – Ojca.
Trudno się nie zgodzić z pierwszym wyjaśnieniem – radykalne przeciwstawienie się stereotypowemu obrazowi Boga jako spokojnego, siwego oraz surowego staruszka i zmienienie Go w pobłażliwą, radosną i rozśpiewaną Murzynkę, skłania czytelnika do zastanowienia się nad własnym obrazem Boga. Drugiemu wyjaśnieniu łatwo zarzucić tendencję do psychologizowania, wyjaśniania, że nie można nawiązać właściwej relacji z Bogiem, jeśli nie miało się dobrych relacji w rodzinie.
Bardzo zastanawia natomiast obraz Jezusa. Jest on bardzo tradycyjny, w czym można doszukać się wpływu filozofii Martina Bubera, nurtu poszukiwań historycznego Jezusa, Third Quest. Bardzo wyraźnie autor akcentuje nie tylko żydowskie rysy i pochodzenie, ale w ogóle człowieczeństwo Jezusa. O ile Tata i Sarayu wykazują wiele boskich cech, czynią cuda, nauczają z mądrością i pewną wyższością wynikającą z posiadania wiedzy absolutnej, o tyle Jezus zachowuje się jak przyjaciel, zupełnie zwyczajny i całkowicie ludzki, gawędzący swobodnie z Mackenziem. Brakuje ukazania Go jako Zbawiciela, który ofiarował samego Siebie na krzyżu i który zmartwychwstał. O samym zmartwychwstaniu moja jest w całej powieści tylko raz, jakby mimochodem, a śmierć krzyżowa wspomniana jest jako ratująca świat, bez odniesienia do konkretnego człowieka, do czytelnika. Można powiedzieć, że historyczny Jezus zdecydowanie przeważa nad Chrystusem wiary. Jak zatem wierzyć?
Kwestią, która jest, obok relacji Bóg – człowiek, najistotniejsza, są relacje wewnątrz Trójcy. William Young wyraźnie starał się pokazać brak hierarchii oraz równość. Zrobił to poprzez ukazanie Osób Trójcy podczas zwykłych, codziennych czynności, wykonywanych z miłością i szacunkiem wobec siebie, bez nakazów i pretensji, za to z wielością ciepłych, budujących słów. Trójca jest więc miłością. To potwierdzenie słów św. Augustyna, który pisał „Jeśli widzisz miłość, widzisz Trójcę” (De Trinitate, VIII, 8, 12). Jej Osoby są równe i w pewnym sensie tożsame, bo choć widoczne są jako trzy odrębne (i bardzo od siebie różne) postacie, wypełniają to samo zadanie naprawy obrazu Boga i relacji do Niego u Mackenziego, uzupełniając wzajemnie swoją opowieść, kontynuując dokładnie tam, gdzie przerwał poprzednik i tak dalej. Wyraźnie zaznacza się perychoreza trynitarna.
Autora jednak w opisie tożsamości i równości osób posuwa się trochę za daleko. Po pierwsze kontrowersyjną jest scena, kiedy Tata mówi, że „tam, na krzyżu” był razem z Jezusem i na dowód pokazuje dłonie z wyraźnymi bliznami po gwoździach. Trudno nie zauważać tutaj przejawów modalizmu i patrypasjonizmu. Po drugie, równość Osób i brak hierarchii rzutuje na absolutną równość ludzi, także w wymiarze religijnym – nie jest istotne wyznanie ani wiara człowieka. To całkowity uniwersalizm zbawienia, o którym pisał już Justyn Męczennik i wielu innych. Zadziwiające jest natomiast, że nigdzie nie ma informacji, że to Chrystus daje zbawienie, jest Zbawieniem. Z braku hierarchiczności wynika jeszcze jedna teza, którą literacka postać Jezusa wręcz wypowiada – Syn Boży przyniósł życie i miłość, a nie kościoły i religię. Przeciwstawia się tym samym instytucji Kościoła!
Poza jawnym wskazaniem braku konieczności istnienia religii i wszelkich jej instytucji, autor dowodzi też, że źródłem Objawienia jest nie tylko Pismo Święte, ale przede wszystkim świat z jego stworzeniami i pięknem. Położony tutaj bardzo mocny akcent może wskazywać na panenteizm lub panteizm. A jeśli dodać do niego liczne odniesienia do energii świata oraz scenę spotkania z duszami, z których każda posiada swoistą aurę wyrażoną barwą wokół siebie, można zarzucić autorowi fascynację New Age (co też wielu czyniło). Z pewnością brakuje też wątku grzechu, żalu za niego, Bożego przebaczenia. Jest tylko mowa o wybaczaniu samemu sobie i innym, ale zawsze przez człowieka. Ogólnie powieść mocniej akcentuje człowieka i człowieczeństwo. Zarówno w samej Osobie Jezusa, jak i we wszelkich opisach miłości i przebaczenia.
Chociaż autorowi powieści „Chata” można przedstawić wiele zarzutów, zdecydowanie więcej niż te, które zostały wspomniane, uważam, że to książka godna polecenia. Jej lektura nie ma być przecież systematycznym wykładem teologii dogmatycznej, ale literacką formą wyrazu autora. A jeśli ta forma jednocześnie skłania czytelników do refleksji nad samym sobą i swoją relacją do Boga, może także do poszukiwań i zgłębiania pewnych treści, to przynosi dobre owoce. Nawet, jeśli szokuje i bulwersuje – a może właśnie dzięki temu, skoro po książki wzbudzające oburzenie wielu czytelników sięga chętniej?

moja ocena: 7/10

środa, 25 kwietnia 2012

"Kobieta w lustrze" Eric Emmanuel Schmitt


Wydawnictwo: Znak literanova
Premiera: luty 2012
Stron: 464
recenzja dla:

Trzy kobiety w lustrze
 
Książka Erica Emmanuela Schmitta była z pewnością jedną z najbardziej wyczekiwanych nowości wydawniczych. Co więcej, zaskoczyła swoją objętością i tematyką stałych czytelników autora, nawykłych do książeczek bardzo drobnych, choć o wielkim przesłaniu. Tym razem także forma jest „wielka” i... wielowątkowa. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Poznajemy trzy kobiety, tak bardzo różne od siebie, że wydaje się łączyć je tylko płeć. Anne, żyjąca w XVI w wiejska dziewczyna, zakochana w przyrodzie, zadziwiona jej pięknem, zdolna spędzać całe dnie w lesie, nie pozwala się wtłoczyć w ciasne ramy norm panujących w wiosce i ucieka sprzed ołtarza. Po jakimś czasie zamieszkuje w beginażu, skupiającym kobiety żyjące w samotności, także te przygotowujące się do wstąpienia do klasztoru. Tam szybko zostaje okrzyknięta mistyczką. Spotyka się to jednak z oburzeniem mieszkańców wioski, niezrozumieniem ze strony duchownych dla jej bardzo otwartego podejścia do Boga i stworzenia oraz... nienawiścią i zazdrością swojej krewniaczki.
Hanna to kobieta, która osiąga wszystko, co ważne w swojej epoce – ma dobrego, bogatego męża, wspaniały dom, poważanie... Nie udaje jej się jednak sprostać najważniejszemu wymaganiu – urodzeniu dzieci, co przecież decyduje o wartości kobiety. Ze wszystkich stron zaczynają otaczać ją nalegania i „serdeczne rady”, doprowadzając do zgubnych skutków...
Anny to młoda dziewczyna, która zdążyła już zrobić zawrotną karierę gwiazdy filmowej. Na co dzień tłumiąc emocje i uczucia, uwalnia je na planie filmowym, co pozwala jej grać tak prawdziwie, że jest rozchwytywana przez wszystkich twórców. Prywatnie popada jednak w kolejne uzależnienia, od alkoholu, przez narkotyki, po przygodny seks.

Co może łączyć bohaterki, które dzieli wszystko, od pięciu wieków historii począwszy, na statusie społecznym, wieku i stanie cywilnym skończywszy? Było to dla mnie zagadką przez większą część lektury i muszę przyznać, że Schmitt bardzo mnie zaskoczył rozwiązaniem! Chylę czoła przed jego pomysłowością. Wątki zostały splecione tak misternie, że to, co początkowo wydawało się zbiorem opowiadań z kobiecym motywem, przerodziło się w niezwykłą powieść o tożsamości kobiety i jej roli w świecie. Co zaskakujące, autor, będąc mężczyzną, doskonale oddał rozterki kobiet. Narzucone z góry role, oczekiwania rodziny i przyjaciół, poszukiwanie samej siebie i własnych marzeń, odwaga ich spełniania lub jej brak, zawiść koleżanek, niepewność własnej wartości... To problemy, z którymi borykają się kobiety na całym świecie już od wieków. Dlatego każda z czytelniczek znajdzie w tej książce cząstkę siebie. A może odnajdzie ją dzięki tej książce? Lekturę polecam także panom – powieść wszak została napisana przez mężczyznę, który wykazał się całkiem dobrą znajomością niewiast, dlaczego więc inni panowie nie mieliby z tego skorzystać? 

moja ocena: 8,5/10

środa, 18 kwietnia 2012

"Klaps" Christos Tsiolkas


Wydawnictwo: Replika
Premiera: marzec 2012
Stron: 416
recenzja dla:

Brutalnie o dzisiejszym społeczeństwie?

Christos Tsiolkas jest uznawany za pisarza nowoczesnego, charakteryzującego się stylem śmiałym, bezkompromisowym, wręcz wulgarnym, ale jednocześnie posiadającym ogromną siłę wyrazu. Trudno się z taką opinią nie zgodzić po lekturze powieści „Klaps”. Mówi się, że Tsiolkas jest głosem swojego pokolenia, ukazuje współczesny świat w całej prawdzie, bez ubarwiania, wygładzania ostrych krawędzi. Brutalnie – to chyba najlepsze słowo. Przeczytałam jego książkę i pomyślałam, że jeśli to prawda, to ja nie chcę w takim świecie żyć...

Kim są bohaterowie „Klapsa”? Chciałoby się powiedzieć, że zwyczajnymi ludźmi, dokładnie takimi jak my albo nasi sąsiedzi. Ale czy na pewno? Po pierwsze mieszkają w Australii, po drugie reprezentują mieszankę wszelkich kultur, religii i narodowości. Są Grekami (jak sam autor), Hindusami, Kanadyjczykami, Aborygenami, Australijczykami i Amerykanami, chrześcijanami, muzułmanami z wyboru, a najczęściej zadeklarowanymi ateistami. Różni ich pochodzenie, kolor skóry, krąg kulturowy... Łączy, poza miejscem zamieszkania, styl życia – pełen imprez w biały dzień, narkotyków w każdej postaci, a nade wszystko pełen seksu, który dominuje w codziennej rzeczywistości. Zaskakująca jest powszechna akceptacja takiego życia – rodzice swobodnie rozmawiają z dziećmi o ćpaniu, spaniu z kimkolwiek, są wulgarni nawet przy swoich własnych kilkuletnich potomkach. Właściwie każdy ma do innych pretensje lub coś ukrywa. Brak akceptacji i tolerancji innych, a nawet jawne ich obrażanie są na porządku dziennym... Ponieważ środowisko jest tak zróżnicowane, jest też podzielone nieustannymi konfliktami.

Akcja powieści zaczyna się od z pozoru niewinnej sceny przyjacielskiego spotkania przy grillu. Wszyscy dobrze się bawią (tak, narkotyki, dużo alkoholu i wokół małe dzieci), aż do momentu, kiedy jeden z mężczyzn wymierza policzek trzyletniemu chłopcu. Harry, kuzyn gospodarza przyjęcia Hektora, tłumaczy się, że bronił własnego syna, jednak matka zbitego Hugo wpada w histerię. Zabawa kończy się przedwcześnie, wszyscy rozchodzą się w kiepskich nastrojach. Ale to dopiero początek całej lawiny wydarzeń... Kolejnym będzie rozprawa sądowa, ponieważ Rosie i Gary oskarżą Harry’ego o znęcanie się nad ich synem. Ta sprawa podzieli całe towarzystwo, zmusi przyjaciół do opowiedzenia się po jednej ze stron, skłóci nawet rodzinę. Na jaw wyjdą uprzedzenia i skrywane od lat pretensje, nic nie będzie już takie samo...

Przyznaję, w prozie Christosa Tsiolkasa jest coś niepokojącego i przyciągającego jednocześnie. Może to kwestia umiejętności spojrzenia na rzeczywistość i opisania jej bez ubarwiania i upiększania, nawet jeśli jest szara, trudna i czasem bolesna? Może krytycyzm i nastawienie jakiejś delikatnie wyczuwalnej rezygnacji, które przebija przez tekst, a jednocześnie jest tak dobrze znane wielu czytelnikom? A może po prostu bezpośredniość autora, wyrażająca się w opisach bardzo konkretnych, nawet wulgarnych? Zastanawia mnie tylko, czy wymagała ona aż do takiego stopnia naszpikowania tekstu wulgaryzmami. Rozumiem, że były koniecznie do wyrażenia emocji bohaterów, ale po co wplatać je w treść narracji? To zdecydowanie raziło, czasem czyniąc lekturę wręcz niesmaczną. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że właśnie o to autorowi chodziło... 

moja ocena: 6/10